„Wszystkie systemy działają normalnie”. To jest mantra. Ale w kosmosie systemy zawodzą.

PBS właśnie wypuściło drugi odcinek miniserialu „Pewnego razu w kosmosie”. Zatytułowany „Czynnik rosyjski” zanurza widza w historię przerażających wydarzeń, które niemal zamieniły się w katastrofę na stacji orbitalnej Mir. W szczególności mówimy o kryzysie kolizji z „Mirem” w 1997 roku. Rozmawialiśmy z Michaelem Foalem. On tam był. Jest astronautą brytyjsko-amerykańskiego pochodzenia, który przed przejściem na emeryturę w 2013 r. odbył sześć lotów kosmicznych.

Pamięta ten dzień dokładnie. 25 maja 1995. Stop. Nie. 25 maja 1997.

Dlaczego doszło do kolizji: oszczędności na radarach

Incydent rozpoczął się od ręcznego podejścia. To powinna być rutynowa procedura. Ale wszystko nie poszło zgodnie z planem. Bezzałogowy statek towarowy Progress rozbił się w Mirze. Wyrwał dziurę w module Spectre.

Foal w prosty sposób wyjaśnia przyczynę problemu. Chciwość. A dokładniej chęć oszczędzania pieniędzy.

„Podstawową przyczyną wypadku była chęć zaoszczędzenia pieniędzy.”

Rosyjscy menedżerowie odmówili zapłaty Ukrainie 2 milionów dolarów za system radarowy. Radar został wyprodukowany na Ukrainie i mógł dostarczyć krytycznych danych. Zamiast tego Korporacja Energetyczna zdecydowała się przeprowadzić test. Chcieli, aby astronauta wykonał podejście ręczne z dużej odległości. Z sześciu kilometrów.

To jest absurdalne. Nikt nie wykonuje ręcznego podejścia na taką odległość bez radaru. Wykorzystali statek Progress, już wypełniony śmieciami. W każdym razie planowano wybić go z orbity. To był test, zanim spłonął na Pacyfiku.

Wszystko poszło nie tak.

Kosmonauta Wasilij Tsibliew nie był w stanie oszacować prędkości. Nie był w stanie dokładnie określić odległości w czasie rzeczywistym. Nie znając odległości, nie da się obliczyć prędkości. „Postęp” przyszedł zbyt szybko. Tsibliev miał tylko jeden zestaw silników do zatrzymania. Nie mógł zwolnić.

Statek odbił się od Miru. Wgniotł część modułu Spectrum. Wygiął panel słoneczny. Złącze dokujące jest pęknięte. Zaczęło wyciekać powietrze.

Jak astronauci zatrzymali dekompresję Mira

Wewnątrz panował chaos. Hollywood nie ryzykowałoby napisania tak intensywnego scenariusza.

Foalowi, Tsiblievowi i kosmonaucie Aleksandrowi „Saszy” Łazutkinowi zabrakło tlenu na 23 minuty. Tylko. Musieli uszczelnić wyciek i zatrzymać niekontrolowany obrót stacji.

Udało im się.

Wymagało to wewnętrznego spaceru kosmicznego. Musieli ponownie wejść do pozbawionego ciśnienia modułu Spectrum, aby ponownie podłączyć kable. Sasha i Foal wyłączyli je wcześniej, aby uratować resztę stacji. Teraz musieli tam wrócić.

Ale pojawiła się komplikacja.

Tsibliev był w stanie stresu. Nie przeszedł badań lekarskich przed wewnętrznym spacerem kosmicznym. Założono mu czujnik tętna. Nie był w stanie latać.

Na scenę wszedł Walery Ryumin. Był dyrektorem programowym. Zadzwonił do Źrebaka.

„Michael” – powiedział Ryumin. „Czy jesteś gotowy wejść do środka zamiast Wasilija?”

Foal zrozumiał konsekwencje. Tsibliev czuł się odpowiedzialny za kolizję. Wziął całą winę na swoje barki. To niesprawiedliwe, stwierdził Foal, ale tak się stało. Zaproponowanie Foala w miejsce Tsiblieva byłoby dla tego ostatniego upokorzeniem. To spowodowało rozłam. Ogromny.

Źrebak wszedł do środka. Wszystko naprawili.

Co się stało po kryzysie na stacji kosmicznej w 1997 r

Foal odszedł z NASA w 2013 roku. Jego kariera trwała 30 lat. Sześć misji wahadłowców. Brakuje mu przestrzeni.

Ale prawdziwe życie jest inne.

Nie mógł sobie poradzić z zazdrością. Młodzi astronauci polecieli tylko raz lub dwa razy. Wykonał sześć lotów. Poczuł, że jego rola się skończyła. Marzył o zostaniu przewodnikiem lotów komercyjnych, tak jak Peggy Whitson czy Michael Lopez-Alegria podczas misji Axiom.

Obecnie mieszka w Teksasie. Wśród gór.

Tutaj też wystartuje. Nie w skafandrze kosmicznym. Ale to jest bliskie prawdy. Jeździ na rowerze. Patrzy na gwiazdy.

Ma teraz 69 lat.

Czy był optymistą co do współpracy międzynarodowej? Naiwny, tak. Patrząc wstecz na serial „Pewnego razu w kosmosie” wydaje mu się to bajką.

Radar kosztował 2 miliony dolarów. Stacja przetrwała. Załoga przeżyła.

Koszt skracania tras pozostaje jednak wysoki.

Czy wyciągamy wnioski z takich niebezpiecznych zdarzeń? A może po prostu przesuwamy granice, aż coś pęknie?